Dokładnie jutro mija rok od czasu europejskiej premiery Gears of War na “kąsolę” Xbox 360. Parę dni temu do sprzedaży trafiła konwersja tej gry wykonana przez polski zespół People Can Fly. Czy po tylu miesiącach gra wciąż rządzi i dzieli ? Czy jest w stanie zainteresować sobą graczy komputerowych ?

Kompania braci
W grze pokierujemy Marcusem Fenixem, którego najlepszy przyjaciel - Dominic wyciąga prosto z pierdla. Los niewątpliwie daje mu drugą szansę, którą musi wykorzystać walcząc z hordą niebezpiecznych locustów… Locuści to rasa bezwzględnych stworzeń, która wypełzła z podziemi i w ciągu jednej dobry praktycznie wyniszczyła gatunek ludzki. Ci którzy przeżyli, schronili się w bezpiecznym miejscu - twierdzy Jacinto. Bądźmy szczerzy. Fabuła w tej grze jest cienka jak sik węża i mało ciekawa. W ciągu gry nie dowiemy się prawie nic o locustach, o inwazji, o motywach “szarańczy”, nawet rys psychologiczny bohaterów pozostawia wiele do życzenia. Tak samo jest z mało ciekawymi cut-scenkami, w których w zasadzie nic się nie dzieję.
Oprócz Marcusa Fenixa, głównymi bohaterami gry jest cały czteroosobowy oddział Delta w składzie Marcusa, Bairda, Cole’a i Doma. Nie ma co to prawdziwi twardziele o mordach bezwzględnych morderców, jedzących koks na śniadanie, obiad i kolację.
Nasz rodak Mariusz Pudzianowski to przy nich czteroletni Kamilek proszący o gofra ze śmietaną. Bardzo mi to odpowiada, ot taka mała odskocznia od tych wszystkich przystojniaczków i bishonenów, którymi kieruję się w innych grach. Jest to naprawdę zgrana paczka, a ich teksty czasami są bardzo trafne i zabawne np. “When was the last time you heard wind say: Huuuuumans ?”.

Fight though the pain!
Niewątpliwym plusem gry jest tzw. cover system, który czyni Gears Of War strzelaniną inną niż wszystkie. Przyklejanie się do ścian, murków, strzelanie na ślepo zza osłony, szybka zmiana pozycji, flankowanie wroga, to wszystko jest na porządku dziennym i naprawdę fajnie to wygląda. Kapitalne jest dawanie susów z jednako murka na drugi i fachowy jest sprint w pozycji pochylonej w kierunku kolejnej osłony.
Kamera jaka występuje w grze to znane z Resident Evil 4 ujęcie w której postać jest położona bardziej z lewej strony ekranu, i która zmienia się znad barku podczas celowania. Jak dla mnie bomba i z chęcią widziałbym tą kamerę w każdej innej grze TPP!
Ciekawym patentem są bronie. Nie jest ich dużo, a w zasadzie ja używałem tylko jednej - drugiego karabinu maszynowego, bo pierwszy ma za duży rozrzut. Oprócz obu karabinów jest także shotgun, dwa rodzaje pistoletów, granatnik, wyrzutnia rakiet, snajperka, czy też nie za bardzo pasujący do realiów, ale za to bardzo klawy - łuk na wybuchające strzały. Jest także broń, którą używa się tylko w określonych przypadkach tzw. Hammer of Dawn. Jest to broń, którą można użyć tylko na otwartych przestrzeniach i tylko w czasie odpowiedniej konfiguracji satelitów. Przydatna jest w zasadzie tylko w przypadku bossów i większych locustów. Warto wspomnieć również o pile mechanicznej w którą wyposażony jest karabin. Gwarantuję, że pierwsze ścięcie nią przeciwnika zapadnie Wam w pamięci.
W grze występuje także tzw. Active Reload. W chwili gdy przeładowujemy broń, naciskając w odpowiednim momencie przeładowanie, możemy przyśpieszyć ten proces i załadować do magazynka bardziej dopakowane naboje. oczywiście jeśli nie trafimy w odpowiednim czasie to broń nam się po prostu zatnie. Spoko patent.

Evil look, evil sound
Gears of War był promowany jako “reklamówka Unreal Engine 3″. Gra okazała się sukcesem i niespodziewanie (?) sprzedała ponad 4mln egzemplarzy. To ona zdefiniowała to jak wyglądać będą prawdziwie next-genowe gry. Grafika nie zestarzała się zbytnio, nawet polepszyła, bo wersja na PC działa na nowocześniejszym silniku UE3 i w wyższej rozdzielczości.
Jak dla mnie “Girsy” mają najpiękniejszą grafikę jaką widziałem na żywo i nawet Call Of Duty 4 choć cudowny, nie zmienił tego stanu. UE3 to naprawdę potężny silnik, którego prawdziwej mocy nie pokaże nawet Unreal Tournament 3 !
Postacie są niesamowicie szczegółowe. Popatrzcie tylko na ich “zbroję”, która wygląda na nieco zużytą licznymi walkami. Otoczenie również jest cudowne, ale głównie wnętrza budynków, bo z zewnątrz jest trochę gorzej i monotonnie, bo akcja głównie rozgrywa się na niemal identycznych ulicach zdewastowanego miasta.
Kapitalnym miejscem jest las podczas ogromnej burzy oraz opuszczona fabryka nieopodal. Niesamowita gra świateł i cieni oraz dobiegające zewsząd ryki locustów powodują, że przechodzą po mnie ciarki.
Animacja postaci jest również świetna. Oddział Delta To niezwykle umięśnieni goście w ciężkich bojowych uniformach i z masą orężu więc poruszają się z gracją…dużych misiów. Wygląda to kapitalnie.
Muzycznie i dźwiękowo gra to istny majstersztyk. Nie będę opisywał voice-actingu, bo jest idealny i genialnie wręcz pasuje do postaci. Muzyka z kolei rozbrzmiewa głównie podczas walk i są to niesamowite wręcz, motywujące do walki symfoniczne utwory! Kiedy nic się nie dzieję to nastaję zupełna cisza lub niekiedy cichutko przygrywa spokojna muzyka.
Odgłosy broni, ryki locustów, świst pocisków - wszystko jest rewelacyjnie wykonane.

Gore, gore, gore!
Gra ma przyciężkawy klimat i wszystko to, aby oznaczyć ją jako produkt skierowany do dojrzałych graczy. Krew leję się strumieniami, mięso lata tu i tam. Nasi kompani nie szczędzą w słownictwie, ale ta gra ma taka być. Bo jest to gra dla prawdziwych facetów i to czuć! Bohaterowie to mada-faki, pozbawieni pozornie uczuć, broń robi niesamowite szkody. Headshoty są obfite w krew i flaki, tak samo przeoranie locusta piłą mechaniczną. Wobec locustów można zastosować również “wykończeniówkę” w postaci head stompa: gdy przeciwnik zostanie powalony, można do niego podbiec i zdzielić go butem prosto w ryj. Full-gore-brutal-sequence.

Shhhiiiiet, shhhhhhiiiett!!
“Girsy” nie są idealne . O cieniutkiej, mało epickiej fabule już wspomniałem. Kuleje również AI naszych kompanów (bo do locustów nic nie mam), potrafią blokować nam drogę i nad wyraz często idę na bezsensowną śmierć, nie słuchając się naszych rozkazów.
Gra po dłuższym obcowaniu staję się również nudna, monotonna i schematyczna, bo chodzi w niej o to, aby czyścić kolejne pomieszczenia z wrogów i zazwyczaj w ten sam sposób co w poprzednim pomieszczeniu. Niewątpliwie brakuje tej grze urozmaicenia, bo 10 minutowa sekwencja w której kierujemy wozem, to nie wiele. Za mało niewątpliwie jest momentów w których szczena opada, nie ma fajnych skryptów, fabuła i cut-scenki mówiąc kolokwialnie ssie jak mrówkojad. Za mało jest momentów, które będą warte zapamiętania, chyba tylko kapitalna walka ze ślepą Berserker…
Przez całą grę mam poczucie małego “deja vu”. Gra kopiuje wszystkie fajne patenty z innych gier, wprowadzając naprawdę nie wiele nowatorstwa. Oczywiście kopiuje to wszystko znakomicie i miejscami rozwija pomysły innych. No bo cover-system jest znany z Kill Switcha, Splinter Cell i Metal Gear Solid; kamera znad ramienia była już w Resident Evil 4, Splinter Celach, motyw ze ślepym bossem był również w Resident Evil 4. Naprawdę mało w tej grze nowatorstwa i nie wiele wnosi do gatunku, ale złą grą na pewno nią nie czyni.
Podsumowując, polecam grę wszystkim PeCetowcom. Konwersje uważam za udaną. Team PCF się spisał i dostarczył świetne dopasowane sterowanie i nowy Akt, w którym stoczycie walkę z Brumakiem. Nie wnosi wiele do gatunku, ale można się nieźle przy niej bawić, byle ją odpowiednio dawkować. Wydaję się, że jest to taki ładnie opakowany produkt, ale bez duszy.

Grafika: 1010 Audio: 1010 Design: 910 Fabuła: 710 Grywalność: 810
Ogólnie: 8.810
Plusy:
- - fenomenalna oprawa audio-wizualna
- - niektóre projekty poziomów
- - mocny, ciężki klimat
- - cover system
- - sterowanie
Minusy:
- - uczucie deja vu
- - scenariusz
- - AI kompanów
- - mało fajnych momentów
- - miejscami schematyczność
- - miejscami nuda
- - monotonia